Pokazywanie postów oznaczonych etykietą muzyka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą muzyka. Pokaż wszystkie posty

01:58

Chaos, eklektyzm. Muzyczna biografia introwertyka PART 2

Chaos, eklektyzm. Muzyczna biografia introwertyka PART 2

Witajcie w drugiej części podróży po muzycznych gatunkach, zespołach i utworach, które ujęły mnie na przestrzeni ostatnich kilku lat. Na wstępie chciałbym dodać, że zapomniałem w poprzednim wpisie zawrzeć jeden z najbardziej popieprzonych zespołów ostatnich 20 lat – System of a Down.



Amerykanie o ormiańskich korzeniach ujmują połączeniem porzędnego rozpierdolu z delikatnym (momentami) wokalem Serja Tankiana oraz bardzo zaangażowanymi tekstami. Właśnie w warstwie tekstowej zespół ten stara się mocno podkreślać bieżącą dla swoich czasów problematykę społeczno-polityczną. Warto zagłębić się w tej muzyce, zwłaszcza, że nad wszystkim unosi się ormiański duch i swoiste folkowe elementy, których nie uświadczymy u innych amerykańskich zespołów z tego gatunku.

Wracając do (jako takiej) chronologii, przyznać muszę, że chociaż większość znajomych postrzegała Behemotha jako pozerstwo, lubiłem posłuchać jak łoją. Klimatyczne i ciężkie – w sam raz na wieczór. Rozczarował mnie tylko sam Nergal – a to związek z Dodą, a to bycie jurorem w TVP, nie tego się po nim spodziewałem. Niemniej muzykę tworzy rewelacyjną. 



Na szczęście od tego miejsca będzie już tylko spokojniej. A propos Nergala, moje ostatnie odkrycie to projekt Me And That Man, współtworzony z Johnem Porterem, Absolutnie genialna płyta, kawałek Ameryki w moim domu. Gitary, harmonijka, blues i country jakiego nie powstydziliby się mieszkańcy południowych stanów USA. Dla mnie nowa jakość w polskiej muzyce, na równi z Organkiem.




Organek! O matkooo! Organek jest żywym dowodem na to, że studiowanie filologii angielskiej nie jest jeszcze końcem świata. Błyskawiczna kariera uświadomiła też wielu ludziom, że jest deficyt dobrego bluesa w mainstreamowych radiach i innych mediach. Miałem również przyjemność słyszeć Pana Organka na żywo na Woodstocku oraz na koncercie w katowickim Megaclubie - za każdym razem czuć było prawdziwy ogień ze sceny, emocje i niesamowicie profesjonalne granie. Organek to jedno z najważniejszych moich odkryć drugiej dekady XXI wieku i puchnę z dumy, że zaraziłem nim również kilku znajomych. Do Organka wracam przynajmniej raz w tygodniu i nie chce mi sie ten czort, kuźwa, znudzić!



Skoro cały czas obracamy się w gronie polskich artystów, wspomniałbym również Dawida Podsiadło. Długo nie potrafiłem się przekonać do muzyki indie, ale i do tego dojrzałem. Cenię sobie to w jaki sposób Dawid bawi się słowem, uwielbiam wsłuchiwać się w jego teksty. Żałuję, że postanowił zrobić sobie przerwę w karierze w momencie, w którym coraz częściej sięgałem po jego utwory, ale mam nadzieję że już za jakiś wróci z nowymi pomysłami.



Na koniec tej części pozwolę sobie jeszcze podrzucić Wam bardzo emocjonalny utwór Artura Rojka, Kłaniam się w pas człowiekowi, który zrobił tyle dobrego dla polskiej muzyki rozrywkowej. A ten konkretny utwór jest wzruszający, wręcz rozdzierający.



Podobno gdy umierasz, lecisz sobie, lecisz...

Nie chciałem wierzyć w słowa ludzi, którzy wyrośli z muzyki słuchanej w młodości i zaczęli częściej zwracać się ku innym gatunkom, bądź ku spokojniejszej muzyce. A spoglądając w lustro jeszcze trudniej mi uwierzyć, jak szybko moje gusta wyewoluowały w tę stronę. Mam poczucie, że zestarzałem się za szybko. Rodzice śmieją się, że do niektórych wykonawców dojrzeli po czterdziestce a ja już teraz chętnie z nimi słucham. M.in. chodzi o jazz, do którego nieśmiało się przymierzam i coraz chętniej sięgam po niektóre (te bardziej energiczne) kawałki. Na przykład Take Five, Dave'a Brubecka:



Mam nadzieję, że odkryję coraz więcej i więcej interesujących jazzowych wykonawców, chociaż do tych spokojniejszych póki co to podchodzę jak do jeża...

Przedostatnim fundamentem całej tej historii jest muzyka klasyczna. W pewnym momencie mojego krótkiego życia uparłem się, że muszę coś więcej o niej się dowiedzieć. Jak pomyślałem, tak zrobiłem - oczywiście jak na człowieka z XXI wieku przystało na YouTubie. Dumny z siebie włączyłem kompilację 100 najsłynniejszych utworów klasycznych i zabrałem się za wypisywanie tych najciekawszych. Analogicznie do samowprowadzenia się w świat jazzu - rozpocząłem od tego co ma pierdolnięcie, od heavy metalu rozpisanego na całe orkiestry. I również w tym wypadku nie mam cierpliwości do wolniejszych i delikatnych dzieł. Kajam się i wstyd mi, ale też mądrzejszy niż kiedyś nie idę w zaparte; mam świadomość, że kiedyś do tego dojrzeję, prędzej czy później, a na pewno w odpowiednim momencie. Tymczasem, oprócz Dvoraka, Prokofieva, czy Brahmsa, "W Grocie Króla Gór" Edwarda Griega mogę słuchać bez końca dusząc przycisk replay.



Ostatnią częścią muzycznego świata, która wywiera wielki wpływ na moje emocje i samopoczucie jest muzyka elektroniczna, lecz nie byle jaka. Nie posądzam siebie o górnolotność, jednak muszę stwierdzić iż jedna gra zmieniła moje postrzeganie przyszłości diametralnie. Deus Ex: Human Revolution. Historia Adama Jensena to pierwsza gra, w czasie której się stresowałem. Stresowałem się śledząc akcję dziejącą się w niedalekiej przyszłosći - była ona tak realna, tak prawdziwa. Cyberpunk z wielce pesymistyczną wizją społeczeństwa ludzkiego, augmentacja ciał, korporacje z wielką władzą dżizass, nie jestem zwolennikiem żadnych teorii spiskowych, ale ta gra odmieniła całkowicie moje podejście do przyszłości. Jednym z powodów które stanowią o geniuszu tej produkcji jest soundtrack. Poznajcie Michaela McCanna.



Słuchając soundtracku z Deus Ex stresuję się. Muzyka jest rozdzierająca, połączenie elektroniki z żywymi instrumentami uderza w czułe tony duszy. Zawsze mnie sponiewiera, bez względu na to czy słucham dwudziesty czy osiemdziesiąty raz. Nie jestem w stanie zdefiniować i nazwać konkretnie jaki to gatunek muzyczny, ale mogę bez końca zagłębiać się w takie klimaty, kojarzące mi się ponuro z przyszłością. Wciąż nie umiem się nadziwić jaką niesamowitą instytucją jest taka gra, o której myśli się prawie dziennie, przejście której zostawia swoje skutki na długi długi czas.



I never asked for this...

Za pośrednictwem muzyki z DE:HR, dotarłem również do muzyki posiadającej najbardziej skomplikowaną nazwę ever. Poznajcie Epic Aggressive Modern Hybrid-Orchestral Music! Jeśli ktoś zna więcej muzyki tego typu to dajcie znać w komentarzach lub napiszcie do mnie na facebooku. Chłonąłbym.



Zbliżamy się do końca tego wpisu. Trzy najświeższe odkrycia muzyczne, których dokonałem to Indila, Stromae oraz Die Antwoord. Do każdego z tych wykonawców przekonywałem się bardzo bardzo długo. Żałuję że tak późno otworzyłem się na muzykę francuską, belgijską i południowoafrykańską. Teraz z większą uwagą przypatruję się temu co kiedyś z miejsca odrzucałem.



Indili słucham głównie z zamkniętymi oczami. Wywołuje wielkie emocje. I znów żałuję iż w momencie w którym "odkryłem" jak mistycznym doznaniem jest słuchanie jej hipnotyzującego głosu - słuch o niej zaginął. Obyśmy doczekali kolejnych płyt i singli!



Stromae (jakżeby inaczej) wpisuje się w trend artystów, którzy spizgali się gdy zacząłem ich słuchać i na wyprzódki zawieszają karierę. Stromae stwierdził, iż woli zająć się póki co produkcją muzyki dla innych artystów. Szlag.
Dotarcie do tłumaczeń jego tekstów ujawniło mi artystę pop, który niesie mocny przekaz swoimi piosenkami oraz ma rewelacyjny image. Jest w centrum i na uboczu, chudy jak szczapa, dwumetrowy Belg śpiewając wizualizuje (Jakóbiak czemu zepsułeś to słowo!) wiele moich refleksji. A do tego teledyski!


I najbardziej pojebani ludzie na sam koniec. Wypełnili na mojej muzycznej półeczce dziurę po Mansonie, który przeraźliwie obniżył loty na starość. Moje zapotrzebowanie na creepy klimat w pełni pokryło to trio z RPA. Damn, Nie wiem ile trzeba zażywać srogich substancji żeby stworzyć coś takiego, ale nawet na trzeźwo słuchanie ich utworów jest niesamowicie satysfakcjonujące. Teledyski pierwsza klasa, Yolandi niszczy już samym spojrzeniem. Rewelacja.

I już całkiem na końcu #guiltypleasure do którego trudno mi się przyznać. Jedyny utwór Gimpsona, który nie jest dobry - jest ZAJEBISTY. Tekst 10/10, identyfikuję się z nim w pełni i inkorporuję do psyche natychmiastowo. Karmię nim moje ego regularnie, chociaż z punktu widzenia ludzi, którzy znają się na takiej muzyce to nic ciekawego. Taki ot, kawałek. Lecz satysfakcjonujący a o to przecież chodzi. A kim jest Gimpson? Gimper - człowiek w moim wieku, który ma milion subskrybcji na YouTube dzięki nawalaniu w gry komputerowe. Znacie więcej takich kawałków (przynajmniej częściowo) o retoryce? Piszcie.



I tak oto prezentuje się cały ten dziki zestaw, rozstrzał osobowości od głębokiej elektroniki po death metal i Mozarta. Z pewnością zapomniałem o wielu zespołach, ale kogo interesowałaby tabelka w Excelu z setkami zespołów. Jeśli ktoś dotarł do tego miejsca - jestem zaszczycony. Miło mi, że poznałeś część mnie. Myślę, że co jakiś czas zbiorę do kupy kolejne odkrycia i podzielę się z Wami. A już niedługo kolejne wpisy.

Stay tuned!

02:32

Muzyczny eklektyzm. Muzyczna biografia introwertyka. PART 1

Muzyczny eklektyzm. Muzyczna biografia introwertyka. PART 1

Wieczór, za oknem deszcz, nikt już nie kręci się po małym miasteczku. Mój pokój, biurko, laptop, słuchawki. Muzyka, muzyka, muzyka ...

Brzmi to jak jeden z najbardziej infantylnych truizmów, ale muzyka towarzyszy mi cały czas jako konstrukt, który wpływa na życie czy emocje, a także stoi u podstawy wspomnień. Z wieloma utworami bowiem mogę sobie skojarzyć konkretną sytuację życiową. I chociaż jest to więcej niż pewne, że większość ludzi ma takie konotacje związane z muzyką, zamierzam przytoczyć mój prywatny "muzyczny życiorys". Pisząc ten wstęp nie jestem pewien, czy przypadkiem forma tego wpisu nie rozrośnie się do dwóch takowych, wyjdzie w praniu. Sądzę natomiast, iż muzyczne portfolio każdej osoby jest warte uwagi – zwłaszcza dywersyfikacja i rozstrzał gustów, bo z każdej rozbieżności wynikają interesujące połączenia.

Oprócz kilku kawałków kojarzonych z, uwłaczających godności, szkolnych dyskotek – samoświadomość muzyczna rozwinąłem dopiero w 2 klasie gimnazjum. Wcześniej rodzice próbowali zainteresować mnie swoim zbiorem płyt i kaset, ale jak to dziecko, byłem oporny. Na pewno męczyłem (nie wiem dlaczego w sumie) dwupłytowe wydanie koncertowe "In The Absence of Pink" zespołu Deep Purple, z 1985 roku. Utwór Smoke On The Water dzieciakowi przypadł do gustu. Mając 9 lat, rodzice wzięli mnie również na koncert Purpli, ale uśpiłem się w czasie niego, fortunnie budząc na interesujący mnie dym na wodzie. Oprócz tego, do gimnazjum nie rozwijałem się muzycznie w żaden sposób.



To sobie włączałem na wieży rodziców mając parę lat!

Pierwsze co trafiło do mnie to Metallica. Fajnie i prosto łoili. Zaopatrzyłem się w koszulkę z okładką albumu "Ride the Lightning" i maszerowałem dzielnie po gimnazjum w słuchawkach, w których napierdalała perkusyjna ameba (Lars Ulrich) i spółka.



Dokładnie to nagranie było przełomowe dla mojego romansu z Metallicą. 

Ograniczony muzyczny świat składający się z kilku utartych (teraz już) klasyków typu "Seven Nation Army" niespodziewanie rozszerzył się w interesującą stronę. Przyjaciel zabrał mnie w podróż do mroźnej Skandynawii, gdzie każdy muzyk robi z instrumentów jesień Średniowiecza i zachowuje się, jakby miał zaraz wykopytkować do Valhalli. Szanuję. Pierwszym tropem było Ensiferum i Amon Amarth. I w ten sposób zacząłem zgłębiać folk metal zagraniczny. O polskim nie miałem bladego pojęcia.


Ahh śnieg, Wikingowie, topory, koniec gimnazjum. 

Zakochałem się w holenderskim zespole Heidevolk. Ogień. Do dzisiaj mam do nich największy sentyment z całego folkowego świata. Idealne proporcje riffów gitarowych, walenia po garach, melodyjności i metalowego młynu. Nie za szybko nie za wolno.



O Holender! To było to! Clou tamtych dni.

I w tym momencie następuje w tył zwrot i muzyczne zainteresowania introwertycznego młodego głąba pomknęły w kierunku subkultury emo i zespołów core'owych. Czemu? Wydawało mi się, że za tymi jebniętymi grzywkami stoi jakaś filozofia faktycznego wyobcowania i bycia kimś rzeczywiście innym. Byłem przekonany, że aspiruję do grupy, w której czułbym się jak ryba w wodzie.


I walk alone ... 

Chuja tam.

Okazało się, że filozofii to tam nie ma prawie żadnej, jest wygląd. Image. Po pewnym czasie gdy się znudził, zorientowałem się że jestem ostatni na placu boju dzierżący dumnie chorągiew niezrozumianego przez świat nastolatka. Relatywnie późno wykolegowałem się z tego świata, chociaż uważam ten moment za odpowiedni. Jeśli istnieje jakiś bóg czy inna wszechmoc, niech błogosławi osoby kochające nas prawdziwie i szczerze.



Ten image to z pomyślunkiem panie sąsiedzie, z pomyślunkiem...

Z tego wszystkiego została muzyka. Darzę ją również ogromnym sentymentem. Wpadłem w manię odkrywania coraz to kolejnych zespołów. Asking Alexandria, Black Veil Brides, Billy Talent, Blessthefall, Escape the Fate, From First To Last ... mogę wymienić mnóstwo. Wszystkie takie same. Smutne niby, ale sprowadzające się do jednego – nużącego – mianownika: nastolatki napierdalają w opór.



Chłopaki przynajmniej nie przynudzały we wstępie (4 sekunda). 

Do większości wracam rzadko, za wyjątkiem trzech zespołów, które do dzisiaj dudnią regularnie w słuchawkach, ładując moje mentalne baterie. W jaki sposób? Mimo upływu lat dalej uważam, że na płaszczyźnie tekstowej odnajduję zrozumienie i odbicie siebie samego. Plus fajne riffy. Jakie to zespoły? Green Day, którego już linkowałem, a także Billy Talent oraz Three Days Grace. Absolutnie fenomenalne ekipy. I nie sądzę by kiedykolwiek mi się znudziły.



Ciary do dziś!

Jeśli jedną z glinianych nóg tego muzycznego kolosa była muzyka zagraniczna, drugim kikutem w tamtym okresie był przede wszystkim Happysad. Chociaż muzycy nie próbowali się stylizować na subkulturę emo, ten "studencki rock" zgromadził wielu emo fanów. I nie tylko takich, bo teksty i muzykę mieli bardz, ale to bardzo dobre. Niestety jest to jedna z tych namiętności, które nie przetrwały próby czasu. Od większości kawałków już się teraz odbijam, postrzegam je jako zbyt infantylne. Sorry Winnetou.



Jeden z ostatnich happysadowych bastionów na mym muzycznym polu bitwy. 10/10!

Przyszła pora na ikonę. Iron Maiden. To nie jest zespół. To niedościgniony ideał wszystkiego. Mogę tu przypierdolić laurkę zapisaną maczkiem. Formatu A4. Lecz niech to muzyka o sobie stanowi.




Rozkłada na łopatki. Na całe życie. 

Najbardziej wyjątkową osobą na świecie jest ktoś, kto za rękę, jak dzieciurka wprowadza Cie w świat takiej idealnej muzyki. Maideni wielkim zespołem są i basta. Oczywiście pobieżnie znałem ich już wcześniej, ale samemu nie byłem w stanie określić genialności Bruce'a i spółki.



Ten głos ...

Kolejne zespoły za które jestem wdzięczny to Hunter, Clock Machine i Riverside. Udało się też sprawić, że przeprosiłem się z Comą. Troszeczkę.


We krwi to jeszcze dodatkowe +10 do umiejętności kształtowania tekstu w dziki sposób. 

Etap liceum kończyłem zwrotem w kierunku rockowych klasyków. Uświadomiłem sobie, że trzeba poznać co stoi u podstaw nowszych rzeczy, które słuchałem. I tu przyszła kolej przede wszystkim na Black Sabbath.

Epickość pierdyliard procent.

W którą stronę zawędrowałem po osiągnięciu pełnoletności opiszę następnym razem. I tak wystarczająco jest tu propozycji muzycznych. Z czym się identyfikujecie? Możecie napisać w komentarzach! Jeśli o jakichś zespołach zapomniałem, napewno wspomnę o tym w części drugiej.

Spoiler alert: R+ zasługuje na osobny wpis.


Stay tuned!