Pokazywanie postów oznaczonych etykietą komentarz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą komentarz. Pokaż wszystkie posty

01:30

A dla kogo ta kolekcja? H&M vs. metal.

A dla kogo ta kolekcja? H&M vs. metal.
Photo credit: Diego3336 via Foter.com / CC BY

Będąc ostatnio w galerii handlowej, trafiłem na intrygującą kolekcję ubrań, która skłoniła mnie do napisania tego tekstu. Za tą kolekcją stoi sieć H&M a jej motyw przewodni to subkultura metalowa. Nie jest to pierwszy raz gdy H&M odwołuje się do tej grupy społecznej – 2 lata temu wpadli na pomysł, aby wprowadzić do sprzedaży kurtki z naszywkami zespołów metalowych, które nie istnieją. Sprytne podejście (można było wydać równe 0zł na licencjonowane nazwy), aczkolwiek nie do końca jestem pewien kto miał być odbiorcą takowych ubrań. Ludzie słuchający tej muzyki nie kupią ubrań z wyimaginowanymi zespołami, ponieważ manifestują ubiorem to czego słuchają a płyty nieistniejących zespołów trudno znaleźć gdziekolwiek. #sarkazm Ludziom, którzy nie słuchają tej muzyki, potrzeba zamanifestowania swoim wyglądem przynależności do tej subkultury będzie obca. Stąd tamta kolekcja trafiła w próżnię.

Wracając do tego co na chwilę obecną możemy znaleźć na wieszakach w H&M: oprócz stylizowanych na metalowe koszul, kurtek itp. trafić możemy na t-shirty – uwaga – prawdziwych zespołów! Szok, niedowierzanie. Czapki z głów, sypnięto groszem na prawdziwe zespoły.




Jednak i tu pojawia się pewien problem. Celowo, czy też nie, każda z koszulek różni się w pewien sposób od np. oryginalnej okładki płyty, której tytuł jest na owej koszulce, bądź grafika jest wzięta totalnie z dupy. Na przykład:


oraz:


Ewidentnie widać rozbieżność pomiędzy okładką albumu a H&Mowską wariacją na jej temat. I absolutnie rozumiem, że stoi za tym jakiś zamysł artystyczny, jednak trudność sprawia mi określenie grupy odbiorców tego typu ubrań. Znając dziesiątki ludzi powiązanych z subkulturą metalową śmiało twierdzę, że nie tego oczekują. Mając wybór pomiędzy t-shirtem odzwierciedlającym faktyczną część dokonań jakiegoś zespołu a "czymś podobnym" nie zdecydują się na kupno wszelkich wariacji.

Idźmy dalej, czym jeszcze zaskoczył mnie H&M? Ot na przykład, w tshircie ikonicznego grunge'owego zespołu, z tytułem ikonicznej płyty, ikoniczna okładka gdzieś się zapodziała:


Oryginał:



Dostajemy ogryzek samej okładki.
Ten sam los spotkał płytę "Ace Of Spades" zespołu Motörhead, również  mamy jakieś udziwnienie:


O proszę:


Jedyna grafika znaleziona przeze mnie w internetach, która jest podobna do wzoru z koszulki to motyw na kartach do gry sygnowanych logiem zespołu na których widnieje data 2014.  

Czyżby w ten sposób dało się zaoszczędzić na prawach do trademarków? O ile tshirt Slayera, który mają w ofercie, można dostać w oficjalnym, slayerowym sklepie internetowym, wygląda na to że czyimś wielce artystycznym zamysłem było wycięcie z okładki albumu "Killers" Iron Maiden, samego ryja maskotki zespołu – Eddiego.


I okładka płyty:



Jeszcze inny zabieg zastosowano w przypadku innej koszulki Metallicki oraz t-shirtu Guns N' Roses. Spójrzcie na te dwa zdjęcia:


Źródło inspiracji: 



Motyw wykorzystany przez H&M to motyw z czwartej trasy koncertowej Metallicki, która odbyła się w latach 1986-87. [ciekawostka – to właśnie podczas tej trasy koncertowej w wypadku samochodowym zginął basista Cliff Burton] I tutaj znowu podejrzewam, że albo ludzie nie będą o tym wogóle wiedzieć, albo nie kupią takiej koszulki – wielu potencjalnych nabywców urodziło się później niż sama trasa miała miejsce. Natomiast jeśli chodzi o Guns N' Roses, poniższy t-shirt to H&Mowska wariacja na temat drugiej trasy koncertowej zespołu "Use Your Illusion Tour" (1991-93) oraz płyty pt. "Use Your Illusion". Znów oczywiście zagubiła się część oryginalnego motywu, no ale cóż.


Oraz:


Tytuł płyty - w oryginale pod kątem 90° - obrócono.


Podsumowując – to nie wszystko co H&M ma do zaoferowania, jednak nie miałem wystarczająco czasu aby przejrzeć i przeanalizować wszystkie oferowane przez nich produkty okołomuzyczne. Ponadto w ofercie firmy znajdują się również ubrania "metalopodobne" np. Bluza z trudnym do rozszyfrowania napisem na plecach czcionką podobną do używanych w logach zespołów metalowych. Znajdziemy również swetro-katanę dżinsową (kiedyś obie części garderoby noszone osobno), spodnie bojówki oraz akcesoria o podobnej tematyce. Nasuwa się pytanie – czy popyt na tego typu stylistykę będzie odpowiednio duży i sprzedaż takich rzeczy przyniesie odpowiednio wysoki profit? Dla kogo jest ta kolekcja? Prawdopodobnie dla osób, które już teraz noszą t-shirty z logiem zespołu Ramones, "bo ładne" nie mając bladego pojęcia jaka historia się za tym co mają kryje. Jak już wspominałem wcześniej, nie posądzam osoby ze środowisk metalowych o naszykowanie sobie stylówki w H&M - wśród ubrań mających się do utartych w środowisku koszulek z oryginalnymi logami / okładkami albumów, jak klocki Lepin do Lego. 

Natomiast chińskie klocki są kilkukrotnie tańsze od oryginałów, tymczasem t-shirt z H&M kosztuje tyle samo, ile t-shirt z pełną okładką kupiony, ot choćby, w jednym z wielu internetowych sklepów.
A może to muzyka i te zespoły trafią niedługo na śmietnik historii, rozmyją wśród tysięcy innych mających tyle samo wyświetleń na YouTube, gdzie dziesiątki lat poświęcone na koncertowaniu nijak nie przekładają się na ilość wyświetleń. Może tego typu koszulki staną się kultowe jak koszulki z logo Jack Daniel's. Przecież nie zakładamy, że osoba w takim tshircie jest fanką destylatu dojrzewającego w dębowych beczkach. Chociaż nie spotkałem jeszcze wielu osób, stylizujących się na fanów metalu dla samej stylizacji odrzucając warstwę muzyczną. Wiem też, że sieciówki mody nie dyktują, są tylko jej odbiciem, refleksem słońca w tafli jeziora.

Nadto celem mojego artykułu nie jest zmuszanie ani nakazywanie nikomu co powinien nosić i jak to powinno wyglądać – po prostu zdziwiłem się gdy zobaczyłem, że metal jest trendy. Chciałem też wskazać gdzie można doszukać się rozbieżności, między "artystyczną" wizją H&M a oryginałem, który prawdopodobnie ich zainspirował. Chętnie poczytam Wasze opinie na temat tej kolekcji.


Przypominam również o FANPAGE'U oraz profilu na Twitterze, gdzie bywam, wcale często!

23:44

Wychowanie fizyczne na Uniwersytecie Śląskim - bolączka studentów.

Wychowanie fizyczne na Uniwersytecie Śląskim - bolączka studentów.


To był emocjonujący poniedziałek. Wszyscy na uczelni od rana spięci, zestresowani. Nerwowo kontrolują ilość baterii w smartfonach, rzucają spojrzenia na swoje laptopy, przestępują z nogi na nogę. Chociaż mają jeszcze mnóstwo czasu, oczekują na to, co o godzinie 16:00 odciśnie piętno na całym semestrze. Wychowanie fizyczne.

Wychowanie fizyczne na Uniwersytecie Śląskim pojawia się dwa razy w trakcie pięcioletnich studiów, w większości przypadków na drugim i czwartym roku. Trwa jeden semestr i jest zmorą studentów, nie tylko tych leniwych i stacjonarnych jak punkt ksero, ale też aktywnych i uprawiających jakikolwiek sport.

Co tak bardzo sponiewierało mnie i innych wyczekujących magicznej godziny 16:00? Rekrutacja na wychowanie fizyczne. Tak, system rekrutacji, który jest wyjątkowy.

Rejestrację na wychowanie fizyczne przeprowadza się na Uniwersytecie Śląskim przy pomocy tzw. Rejestracji żetonowej. Każdy ma prawo zapisać się na jedne zajęcia, z kilkunastu dostępnych dyscyplin. Zajęcia odbywają się w kilku miejscach m.in w Katowicach i w Sosnowcu. I tu pojawia się pierwsza kwestia, którą student musi wziąć pod uwagę – jeśli studiujemy na sosnowieckich wydziałach, dojazd do Katowic tylko na WF jest jednak niedogodnością. Zwłaszcza gdy ktoś mieszka w przeciwnym kierunku np. Zawiercie czy Myszków. Stąd tendencja wśród studentów do wybierania zajęć jak najbliżej swojego wydziału, co często oznacza rezygnację z niektórych dyscyplin (pływanie jest w Katowicach, więc łącznie z przebraniem się czy wysuszeniem włosów, powrót zajmuje wieki). Kolejny aspekt, który musimy brać pod uwagę, to wielkość grup zajęciowych, w większości kilkunastoosobowych. Ilość miejsc na jednych zajęciach jest ograniczona, a chętnych na najpopularniejsze i najwygodniejsze zajęcia o wiele więcej. Następnie trzeba zwrócić uwagę na godzinę, o której dany WF się odbywa. Każdy szuka takiej, aby zajęcia zazębiały się z normalnymi wykładami i ćwiczeniami na uniwersytecie (nikt nie chce jeździć np. Z Bytomia czy Tarnowskich Gór dodatkowo do Sosnowca o innej porze niż zajęcia lub w dzień wolny). Ja przed rozpoczęciem zapisów upatrzyłem sobie tenis stołowy o godzinie 12:45, aby po półtorej godziny uganiania się za małą piłeczką od razu pójść na zajęcia o 15:00. Nie wszyscy jednak mają możliwość dopasowania wszystkich zajęć, nadto gdy byłem na drugim roku, już po rejestracji na WF zmienił się plan, co skonfundowało część ludzi, którym w tej sytuacji nakładały się na siebie dwa zajęcia. A wychowania fizycznego nie można sobie odpuścić tak po prostu – warunkiem uzyskania zaliczenia jest 100% frekwencja. Jeśli kogoś nie było na zajęciach bez ważnego powodu, który usprawiedliwia daną osobę, trzeba odrobić zajęcia w inny dzień, najlepiej w ramach tej samej dyscypliny. To wszystko nie jest aż tak problematyczne dla studentów zamieszkujących akademiki w pobliżu swoich wydziałów oraz dla niepracujących. Jeśli ktoś dorabia sobie np. popołudniami to WF bardzo komplikuje życie. Sam psioczę na niego, chociaż uwielbiam się ruszać, grać w tenisa oraz biegać. Tenis stołowy wybrałem czysto pragmatycznie – chcę dostać zaliczenie z czegoś co mnie nie zmęczy, wpasuje się w plan zajęć i nie zajmie czasu, który mogę poświęcić na dorabianie sobie bądź uprawianie sportu we własnym zakresie.
Takie dyscypliny mają do dyspozycji studenci rejestrujący się na wychowanie fizyczne.


Samo zapisanie się na WF to też niezła przeprawa. O tej magicznej godzinie – 16:00 w poniedziałek – otwiera się rejestracja i bazuje na systemie "kto pierwszy ten lepszy". Byliśmy więc zmuszeni poprosić wykładowcę o przerwanie ćwiczeń aby zdążyć załapać się do odpowiedniej grupy. To było naprawdę stresujące doświadczenie: w systemie USOS odliczanie do zera do równej godziny skwitowaliśmy gromkim odliczaniem na głos niczym w sylwestrową noc. Gdy wybiła równa godzina, wszyscy grzecznie odświeżyli stronę i kliknęli ikonkę zapisania się do grupy. Następnie spędziliśmy kilkadziesiąt sekund modląc się, aby system nie padł. I wreszcie ... tak! Udało się! Mamy nasze upragnione zajęcia. O godzinie 16:01 upatrzony przeze mnie tenis stołowy był niemal pełen – 15 osób zapisanych na 16 miejsc. Kto nie mógł być online w momencie startu rejestracji, mógł mieć duży problem. Niektóre kierunki miały dostęp do rejestracji dzień później, gdyż skończyły się żetony.
Osoby, które zapisały się i udały na pierwsze zajęcia z pływania były również mocno zdziwione – zbyt mało przebieralni, kobiety przebierały się w otwartych prysznicach, nie było również zamykanych szafek. Część osób brała plecaki i torebki na basen aby nie zostawiać na widoku telefonów, portfeli czy kluczy.


Chociaż świadomy jestem tego, iż cały ten system trudno udoskonalić i każdy student ma równe szanse na dopasowanie do siebie odpowiednich zajęć, cała ta sytuacja stresuje i irytuje wielu z nas.  

01:05

Oczywista oczywistość, czyli Introwertyk vs. "La La Land"

Oczywista oczywistość, czyli Introwertyk vs. "La La Land"

Oczywista oczywistość – "La La Land" jest laurką złożoną przez Hollywood, Hollywoodowi. Aby nie zatarło się wspomnienie o dziełach takich jak "Deszczowa piosenka". Film całkiem przewidywalny, no może za wyjątkiem zakończenia, które pozostawiło mnie z wielkim niedosytem po zakończeniu seansu.

O filmach takich jak "La La Land" zawsze jest bardzo głośno. Maszyna piarowa ruszyła pełną parą na długo przed premierą, co przełożyło się na multum ludzi w kinie, z których wielu musical zobaczyło pierwszy raz w życiu. I to jest wartość dodana, którą się ceni. Klasyki z Hollywood przecież dla wielu trącą myszką a ludzie z mojego pokolenia traktują dziesięcioletni film jako stary, co zawsze spotyka się z moją dezaprobatą. Filmy nie starzeją się tak szybko, to nie flagowe smartfony, które na bieżąco wylatują z pierwszego obiegu. Może z wyjątkiem horrorów, i szeroko pojętego fantasy, gdzie archaiczne metody wprowadzania na obraz instytucji nie z tego świata ma prawo wyglądać fatalnie w porównaniu do tego, co oferuje nam dzisiejsza grafika komputerowa.

Wracając do "La La Land", film naprawdę przypadł mi do gustu. Wskoczył na mentalną półkę na której siedzi również "Duma i uprzedzenie" Jane Austen. Na półkę gdzie miłość przeplata się z estetyką. Albowiem "La La Land" zaskakuje wyrazistością planów oraz przedstawieniem Los Angeles tak jaby wykrojonego z przedmieść, dzielnic czarnych i latynoskich gangów czy dzielnic przemysłowych. Twórcy postawili na wyidealizowane ujęcia (taniec w korku na estakadzie), ale czy możemy winić o to musical? W końcu taki już urok tego gatunku, że odrealniona estetyka świata gra tu pierwsze skrzypce, na równi z muzyką.

A propos muzyki – będę dozgonnie wdzięczny "La La Land" za przypomnienie kolejnym pokoleniom, że istnieje jazz. Gatunek muzyczny niesłychanie złożony, trudny w odbiorze, zwłaszcza dla dzisiejszych słuchaczy. Sam liznąłem dopiero muzykę jazzową z kilku stron, starannie zabierając się za kawałki żywe, lub utarte klasyki vel Dave Brubeck (notabene którego "Take Five" towarzyszy mi w czasie pisania tych wypocin). Mając na uwadze kulejący system edukacji (lekcje muzyki to parodia w wielu szkołach) oraz brak jazzu w mediach przystępnych dla młodego człowieka (youtuberzy), niech Gosling snuje romantyczną opowieść o pięknie jazzu. I chrzanić zarzuty, jakoby moment w którym wykłada on podstawy jazzu zapatrzonej w niego niczym w obrazek Emmie Stone był seksistowski. Przecież to on tu jest jazzowym pianistą do cholery. Król Theoden zabronił córce brać udział w wojnie z Mordorem swojej córce, Eowinie, we Władcy Pierścieni – czy to też uznamy za atak na płeć?

Wracając do "La La Land", w odróżnieniu od zjawiskowej Emmy Stone, uroczej zarówno w scenach tanecznych jak i standardowych, Ryan Gosling sprawia wrażenie lekko wybrakowanego emocjonalnie. Wolałbym widzieć na jego miejscu kogoś, kto potrafi swoją ekspresją ukazać więcej uczuć. Nie jestem w tej dziedzinie żadnym autorytetem, bynajmniej, jednak na przestrzeni całego filmu Gosling był w moim odczuciu zbyt sztywny. Emma Stone wypadła o wiele naturalniej i liczę na Oscara dla niej – oraz wielu dla całego filmu. Nie sądzę jednak aby "La La Land" utkwił głęboko i na długo w świadomości społecznej. Na to, brakuje głębi, chociaż zakończenie daje do myślenia. Przyznam szczerze, że przez cały seans byłem przekonany o happy endzie historii głównych bohaterów. Błąd. Nie spodziewałem się zakończenia w takim stylu, poczułem się niesprawiedliwie potraktowany. Naiwnie liczyłem na radosny koniec, jednak otrzymałem dobrą przestrogę, która lepiej utkwiła w mojej pamięci niż jakiś tam miałki ostatni pocałunek. Dlaczego, ah dlaczego, główni bohaterowie w pogoni za swoimi marzeniami, rozgłosem i sławą, musieli podążyć zupełnie przeciwnymi ścieżkami. Dlaczegóż to ich losy splatały się, splatały, by potem popędzić na łeb, na szyję przed siebie, aby dalej i wyżej w hierarchii, kompletnie zostawiając to wspólne szczęście...

Może i to wszystko jest miałkie, może i dla wielu nudne, ale dla mnie "La La Land" to bezkompromisowa przyjemność obcowania z czymś estetycznym, miłym dla oka i ucha, przy czym naprawdę, ale to naprawdę mało głupawym jak na dzisiejsze standardy. Polecam każdemu, kto nie miał jeszcze możliwości zapoznać się z tą produkcją. Kochajmy marzycieli!!!

Introwertyk


Powyższy tekst powstał przed galą rozdania Oscarów, opublikowany tuż przed nią. I owszem, liczę na jak największą ilość statuetek dla tej produkcji. Piękne, nierealne historie też zasługują na swoje miejsce w historii kina.  

23:24

Dualizm w filmie "Sztuka Kochania. Historia Michaliny Wisłockiej".

Dualizm w filmie "Sztuka Kochania. Historia Michaliny Wisłockiej".

Na salę kinową wybrałem się z lekkim niepokojem. Spodziewając się czegoś na kształt komedii romantycznej osadzonej w siermiężnych czasach komuny, nie byłem pewien na co liczyć w czasie seansu. Kim była Michalina Wisłocka – wiedziałem, "Sztuki kochania" nie czytałem (jeszcze).

Rzeczywistość szybko rozwiała moje obawy. Film okazał się niebywale estetyczny na płaszczyźnie obrazu, dźwięku oraz gry aktorskiej. W zupełnie inny sposób oddaje klimat tamtych czasów, unikając klasycznych epizodów z pałującą milicją i protestującymi robotnikami na czele. Jednak to właśnie dualizm, swoista dwubiegunowość historii opowiedzianej w filmie najbardziej utkwiła mi w pamięci.

Ów dualizm przejawia się w tej produkcji na wielu płaszczyznach. Michalina Wisłocka wyrasta na romantyczną osobowość, która przyjmuje pacjentki w gabinecie jednocześnie zanurzając je w ciepłej toni polskiej muzyki rozrywkowej tamtych czasów. Z pasją opowiada ludziom o fizjologii, za którą kryje się mistycyzm aktu płciowego. Wskazuje jak upiększyć ten aspekt życia i wydostać go na światło dzienne. Tymczasem sceny seksu w filmie są trywialne, wręcz płytkie. Na szybko, z pośpiechem, z niewielką dozą romantyzmu. Przedstawione zgodnie z kanonem filmów rozrywkowych XXI wieku. W mojej opinii, kłóci się to z tym, co Wisłocka chce ludziom przekazać.

Również każdy zawód miłosny głównej bohaterki uderza w widza z ekranu i wywołuje smutek. Ani życie w trójkącie, ani miłość znaleziona poza Warszawą nie kończą się happy endem. Traci męża, traci przyjaciółkę, traci również dzieci – jedno wyjeżdża z ową przyjaciółką, dla drugiego nie ma wystarczająco czasu. Chociaż w niektórych scenach widać ból w oczach Wisłockiej, dobrze kryje się z nim próbując pokonać aparat władzy w drodze do opublikowania swojej książki.


Komuniści odmawiający Wisłockiej publikacji, lecz czytający "Sztukę Kochania" pokątnie, mąż Michaliny, któremu życie w trójkącie to za mało i "zalicza" inne kobiety wręcz hurtowo czy zwykli ludzie marzący o spełnieniu fantazji seksualnych, ale oficjalnie milczący i skryci – świat paradoksów wykreowany przez Sadowską. Jest intrygujący, skłania do refleksji. Zasmuca wielokrotnie, chociaż jest historią pozytywną. W końcu w polskim kinie pojawiła się dwutorowa historia (nawet konstrukcja filmu opiera się na przeplatanie głównego wątku mnogością retrospekcji), w której każda strona medalu jest równie ważna, odważna oraz wartościowa. No, może oprócz stricte scen seksu. Pośpiechowi mówimy nie. 

Introwertyk

09:00

Moje pokolenie, czyli komentarz do wywiadu z prof. Jarniewiczem

Moje pokolenie, czyli komentarz do wywiadu z prof. Jarniewiczem

Z wielką przyjemnością przeczytałem wywiad z prof. Jerzym Jarniewiczem dotyczący kontrkultury, studentów i zmian. Z mojej perspektywy trudno nie zgodzić się z profesorem, zwłaszcza, że jest wiele kwestii paralelnych pomiędzy jego i moim życiem. Zachęcam was również do przeczytania tego wywiadu: O TUTAJ SOBIE KLIKNIJCIE TU O!

Nie wstrzeliłem się w dobry prąd myślowy, będąc urodzonym w połowie lat 90. XX wieku. W chwili obecnej mam 22 i 1/4 lat i nie czuję się elementem jakiejś masowej kultury bądź kontrkultury.

Jerzy Jarniewicz: Urodziłem się trochę za późno. Mój rocznik ’58 był „sandwiczowy”, pomiędzy hippisami a punkami. Za to spóźnienie zapłaciłem słono, bo pierwsza połowa lat 70., na którą przypadła moja młodość, to najkoszmarniejszy czas w kulturze: Abba, disco, fryzury na małpę, sukienki zwane bananówami...

Dzisiejsza popkultura potrafi być nawet bardziej żenująca niż ta oscylująca pomiędzy hipisami a punkiem. Trudno nawet określić jakiś zamysł, który wiódłby prym wśród moich rówieśników. Dwa słowa przychodzą mi do głowy gdy próbuję nazwać jak najogólniej czym się – jako pokolenie – zajmujemy: konsumpcja i seriale. Któż by pomyślał, że śmialiśmy się z "Mody na sukces" i innych oper mydlanych a teraz namiętnie oglądamy "Grę o Tron" itp. Nie przepadam za serialami, nie chłonę ich hurtowo jak moi rówieśnicy, ale również mam słabość do niektórych ("American Horror Story", "The Killing"). Jednak bawi mnie gdy na siłę ludzie twierdzą, iż te nowe "superprodukcje" serialowe różnią się czymś od klasycznych oper mydlanych. Niektóre z nich mają już po kilka sezonów, kilkadziesiąt odcinków a w nich wybujałe motywy miłosne równie zaplątane jak w "M jak miłość". To co ciągnęło ludzi w latach 90. do "Niewolnicy Izaury" to ciągnie moje pokolenie do "Gry o Tron". Konsumpcja natomiast napędza się sama, z lekką pomocą wielkich marek. Zarówno w branży motoryzacyjnej jak i np. producenci telefonów coraz szybciej wypuszczają kolejne flagowce. A moje pokolenie jest doskonałe do konsumowania tego typu produktów m. in. Dzięki rodzicom. Rodzicom, którzy wychowali się w czasach komuny, gdy sklepy świeciły pustkami a dolary na dżinsy zbierało się wieki. Hołdują oni dziwnej idei pt. "My tego nie mieliśmy, więc dajmy to dzieciom". Tak było już od przedszkola – wyścig po lepszy piórnik, rower i zegarek na Komunię Św., skuter w gimnazjum, pierwsze auto itd.

Na palcach jednej ręki mogę policzyć rówieśników żyjących zgodnie z jakąś ideologią, lub konsekwentnie forsujących swoje podejście do życia. Konformizm jest poprostu wygodny. Ja też nie jestem bez winy, bo dupy z domu nie ruszyłem np. na protest studentów i pracowników akademickich a należało się. Po prostu się, kurwa, należało.

Młodość, czyli gotowość na zmiany, praca jako zabawa, przyjemność ponad obowiązek, życie chwilą obecną. To dorośli, jeśli coś robią, zastanawiają się, czy im się to przyda. Młodzi myślą kategoriami dnia dzisiejszego, oczekują natychmiastowej gratyfikacji. Ale za tym idzie głębsza myśl, że nie należy traktować życia instrumentalnie. Jeśli studiujemy, to dlatego, że nas to interesuje, a nie dla lepszej posady, z której więcej odłożymy na emeryturę.

Niesamowite, że tak często sprawdza się powiedzenie "historia kołem się toczy". Co kilkadziesiąt lat powtarzają się te same schematy, które potem odchodzą w niepamięć, przychodzą idee (lub ich brak), rozmywają się i znów, i znów, i znów... To o czym pisze prof. Jarniewicz jest widoczne w mym pokoleniu na co dzień, aczkolwiek więcej ludzi decyduje się na zyskowne studia. Po części dlatego, że niewiele ich interesuje. Jak chorągiewka, mogą być filologiem, prawnikiem, albo informatykiem. Co wyjdzie. Byleby był "hajs".

Kontrkultura lat 60. jest dla mnie wybitnym zjawiskiem. Młodzi ludzie ze wszystkich stron świata rozpierdolili wszystko. Nie da się inaczej tego nazwać. Prof. Jarniewicz podkreśla, że ruchy kontrkulturowe były obecne nie tylko na Zachodzie – również za żelazną kurtyną czy na Dalekim Wschodzie. Coś tkwiło w ludziach, rozbite na jednostki, ale jednak wspólne poczucie, że coś ze światem jest nie tak. Była w ludziach również odwaga. Podziwiam ich zdolność do zakwestionowania wszystkiego. Poddania w wątpliwość każdej gałęzi kultury.

Jedna rzecz napewno dalej tkwi w ludziach mimo upływu tylu lat od 1968r. To poczucie beztroski, życie dniem dzisiejszym oraz silne nastawienie na rozrywkę. Krąży już wiele historii w internecie o sfrustrowanych pracownikach działu HR, którzy męczą się okrutnie z pokoleniem lat 90. na rozmowach kwalifikacyjnych. Gwarant zapewnienia wystarczającej ilości czasu na swoje sprawy wydaje się być dla nas kluczowy. Ponadto mamy ponoć fantastyczne rozeznanie w zarobkach i odpowiedź na pytanie "Ile Pan / Pani chciałaby zarabiać?" wywołuje szok, zawał albo spazmy radości rekruterów.

O tym, co jest realistyczne, często decyduje za nas ktoś inny. Ale czy jest jakaś stała definicja niemożliwego? To, co było niemożliwe 10 lat temu, jest możliwe dzisiaj. Realizm polega na tym, żeby myśleć samodzielnie i nie przyjmować za dobrą monetę tego, co SIĘ uważa, SIĘ mówi, SIĘ przyjmuje.

Niełatwo jest myśleć samodzielnie. Wielokrotnie łapię się na tym, iż z powodu zbyt wielu bodźców, mediów (zwykłych oraz społecznościowych) itd. nie mam czasu ani siły na głębszą analizę jakiejś sprawy. Czasem przyjmuję stanowisko machinalnie, intuicyjnie. Błąd. Za każdym razem trzeba dać sobie w twarz i przypomnieć: żyjemy w epoce post-prawdy, która prowadzi nas do pochopnych decyzji. Zbyt łatwo przychodzi postawienie się po określonej stronie barykady, ale my to chyba lubimy. Zabarykadować się i katapultować w świat inwektywy, hejty i inne gówno.

Wydaje mi się, iż najważniejszym aspektem rozmowy z prof. Jarewiczem jest kwestia zachowania się środowisk uniwersyteckich.

Nie widzi pan buntu na uniwersytecie?
– Jaki bunt? Apatia, zobojętnienie, poczucie, że nie ma się wpływu na rzeczywistość. Środowisko akademickie skapitulowało. A to studenci przecież byli w latach 60. społecznością najbardziej aktywną i zradykalizowaną. W Stanach uczelnie strajkowały od Zachodniego po Wschodnie Wybrzeże. W Meksyku to właśnie studenci wszczęli w 1968 roku protest przeciwko skorumpowanemu rządowi – krwawo zresztą stłumiony. W Paryżu w 1968 to studenci, do których dołączyli robotnicy, wywołali prawdziwą rewolucję, drugą Komunę Paryską. Byli też zarzewiem ruchów kontestacyjnych w Niemczech i we Włoszech. No i w Polsce w marcu 1968 roku. Dziś dla władzy studenci są siłą równie nieistotną jak wędkarze. Nie oni będą zarzewiem zmian.

Jesteśmy bierni, to prawda. Stagnacja na uczelniach jest wręcz rażąca. Namacalnym dowodem tego jest istnienie papierowych indeksów. W świadomości studentów brak skłonności do przeciwstawienia się temu, co jest wykładane. Widać, że boli to np. Amerykańskich wykładowców na moim wydziale. Chcieliby podyskutować, ale nie mają z kim. Ja też bym chętnie podyskutował. Niestety zbytnio boję się odezwać. Ot taki ironiczny paradoks, gdy lubi się podyskutować nad jakimś teoretycznym zagadnieniem, ale nie potrafi się otworzyć paszczy. Shit.

Do tej bierności środowisk akademickich dochodzi pewien głos, coraz śmielej podnoszący się wśród ludzi. "Humaniści są zbędni". Sam muszę zgodzić się z faktem, iż wypuszczanie tysięcy socjologów i politologów (z całym szacunkiem dla miłośników tych dziedzin) jest paranoją – nie ma szans aby wszyscy z nich poświęcili się pracy naukowej w tych dziedzinach. Do tego tematu wrócę za jakiś czas, publikacja Marthy C. Nussbaum pt. "Nie dla zysku – demokracja potrzebuje humanistów" czeka w kolejce na przeczytanie. Komentarz do niej na pewno się ukaże. 

Ponieważ wpis ten zaczyna się niebezpiecznie rozciągać a nie przelałem na klawiaturę wielu innych myśli związanych z wywiadem, zachęcam Was raz jeszcze do zapoznania się z nim. Bo warto, bo ciekawy. Bo tak.


Introwertyk